12 września 2011

Masz wiadomość.

Jest jakaś magia w znajomościach internetowych. Oczywiście, nie taka jak w tych codziennych, na żywo, ale jednak jest w nich coś, co sprawia, że życie staje się nieco jaśniejsze. Chwilowo jaśniejsze. Jest ekscytacja, jest oczekiwanie, jest miła niepewność i przede wszystkim absolutna przypadkowość, która może być uciążliwa, ale tak naprawdę jest najlepszym z elementów.
I ja mam zawsze to nieszczęście w szczęściu, że trafiam na osoby, które potrafią mnie - w jakiś tajemniczy, niewyjaśniony sposób - oczarować. Staję się uzależniona od ich wiadomości, zachowuję się jak bohaterka Masz wiadomość i mam wrażenie, że wreszcie los się do mnie uśmiechnął. I tak przez pierwsze dwa tygodnie. Albo - pierwsze kilkanaście wiadomości.
Bo później, z szybkością błyskawicy, nadchodzą uprzedzenia z tu i teraz. Czy ... - letni chłopak może być wystarczająco dojrzały żeby pisać takie rzeczy? Czy przez jego głowę nie przewijają się debilne myśli moich tutejszych rówieśników? Czy istnieją ludzie (prawie) idealni? Czy to, co ktoś do nas pisze nie jest tylko pretensjonalną pozą za którą kryje się przeciętność (która wcale nie musi być zła...)? Wtedy automatycznie w obrazach moich rozmówców pojawiają się wady. Maleńkie rysy, które psują kompozycję. Detale, których nie mogę znieść na tyle, że zaczynam tych osób nie cierpieć. Nie za coś. Nie. Z czystej przekory, ze strachu, przed realnym rozczarowaniem.
Ile to już razy miałam wrażenie, że znalazłam kogoś kto odpowiada mi w stu procentach, kto żyje co prawda w drugim końcu Europy, ale istnieje, został spłodzony, wydany na świat i siedzi właśnie w fotelu z kubkiem herbaty czekając aż odpiszę? Zawsze potem przychodziła weryfikacja moich złudzeń w postaci głupiego żartu, zarozumiałej linijki, przemądrzałego wywodu. Czegokolwiek. Od ludzi idealnych wymaga się przecież więcej.
Tak też jest z A. Jego pierwsza wiadomość była klasycznym wykazem wspólnych ulubieńców i niechęci. Każda kolejna podsycała moją fascynację na tyle, że potrafiłam odmawiać sobie snu byleby tylko odpisać, byleby tylko szybciej dostać odpowiedź. Aż do dzisiaj. Czasami wyczuwa się ten brak starań, towarzyszący wrażeniu, że ktoś wie, że  ma nas w garści i już absolutnie wolno mu. Wolno się spieszyć. Wolno nie rozwodzić się nad kolorem nieba nazbyt długo. Wolno zadać absolutnie codzienne pytanie byleby tylko wydłużyć wiadomość. Wolno mądrzyć się i pokazywać swoją wybitną oryginalność i styl. Jeszcze wczoraj byłam oczarowana, dziś już patrzę chłodnym wzrokiem. Ziarenko niechęci zaczęło kiełkować a podlewane kilkoma następnymi wiadomościami osiągnie znaczne rozmiary i zajmie całe miejsce przeznaczone na sympatię i słabość. Czemu nie potrafię uczyć się na błędach? Czy dla trzech tygodni ekscytacji warto później czuć niczym niezbywalną gorycz?

1 komentarz:

  1. Marzę o tym aby czuć się jak bohaterka Masz Wiadomość. Odkąd zobaczyłam ten film, kiedy jeszcze byłam gówniarą to od zawsze tego chciałam...

    OdpowiedzUsuń