14 września 2011

Shake it out.

Florence napisała już dla mnie parę piosenek, ale pierwszy raz napisała o mnie.
Mam ochotę skopiować cały jej tekst i wkleić tutaj jako cytat przewodni.

And I've been a fool and I've been blind
I can never leave the past behind
I can see no way, I can see no way
I'm always dragging that horse around
- Ja teraz.
(...)
And I'm damned if I do and I'm damned if I don't
So here's to drinks in the dark at the end of my road
And I'm ready to suffer and I'm ready to hope
It's a shot in the dark and right at my throat
Cause looking for heaven, for the devil in me
Looking for heaven, for the devil in me
Well what the hell I'm gonna let it happen to me
- Ja na przełomie teraz i później.
(...)
I am done with my graceless heart
So tonight I'm gonna cut it out and then restart
Cause I like to keep my issues strong
It's always darkest before the dawn
- Ja później. Chciałabym.


Piosenka o mojej przeszłości, o teraz i o tym, co chciałabym żeby było. Wiekopomna chwila. Słyszę ten przekaz podprogowy: weź się w garść, nie bój się, pozwól rzeczom się dziać, ale nie bądź bezczynna. Rusz dupę, zmień swoje życie. Zmień coś w sobie. Shake it out.

12 września 2011

Masz wiadomość.

Jest jakaś magia w znajomościach internetowych. Oczywiście, nie taka jak w tych codziennych, na żywo, ale jednak jest w nich coś, co sprawia, że życie staje się nieco jaśniejsze. Chwilowo jaśniejsze. Jest ekscytacja, jest oczekiwanie, jest miła niepewność i przede wszystkim absolutna przypadkowość, która może być uciążliwa, ale tak naprawdę jest najlepszym z elementów.
I ja mam zawsze to nieszczęście w szczęściu, że trafiam na osoby, które potrafią mnie - w jakiś tajemniczy, niewyjaśniony sposób - oczarować. Staję się uzależniona od ich wiadomości, zachowuję się jak bohaterka Masz wiadomość i mam wrażenie, że wreszcie los się do mnie uśmiechnął. I tak przez pierwsze dwa tygodnie. Albo - pierwsze kilkanaście wiadomości.
Bo później, z szybkością błyskawicy, nadchodzą uprzedzenia z tu i teraz. Czy ... - letni chłopak może być wystarczająco dojrzały żeby pisać takie rzeczy? Czy przez jego głowę nie przewijają się debilne myśli moich tutejszych rówieśników? Czy istnieją ludzie (prawie) idealni? Czy to, co ktoś do nas pisze nie jest tylko pretensjonalną pozą za którą kryje się przeciętność (która wcale nie musi być zła...)? Wtedy automatycznie w obrazach moich rozmówców pojawiają się wady. Maleńkie rysy, które psują kompozycję. Detale, których nie mogę znieść na tyle, że zaczynam tych osób nie cierpieć. Nie za coś. Nie. Z czystej przekory, ze strachu, przed realnym rozczarowaniem.
Ile to już razy miałam wrażenie, że znalazłam kogoś kto odpowiada mi w stu procentach, kto żyje co prawda w drugim końcu Europy, ale istnieje, został spłodzony, wydany na świat i siedzi właśnie w fotelu z kubkiem herbaty czekając aż odpiszę? Zawsze potem przychodziła weryfikacja moich złudzeń w postaci głupiego żartu, zarozumiałej linijki, przemądrzałego wywodu. Czegokolwiek. Od ludzi idealnych wymaga się przecież więcej.
Tak też jest z A. Jego pierwsza wiadomość była klasycznym wykazem wspólnych ulubieńców i niechęci. Każda kolejna podsycała moją fascynację na tyle, że potrafiłam odmawiać sobie snu byleby tylko odpisać, byleby tylko szybciej dostać odpowiedź. Aż do dzisiaj. Czasami wyczuwa się ten brak starań, towarzyszący wrażeniu, że ktoś wie, że  ma nas w garści i już absolutnie wolno mu. Wolno się spieszyć. Wolno nie rozwodzić się nad kolorem nieba nazbyt długo. Wolno zadać absolutnie codzienne pytanie byleby tylko wydłużyć wiadomość. Wolno mądrzyć się i pokazywać swoją wybitną oryginalność i styl. Jeszcze wczoraj byłam oczarowana, dziś już patrzę chłodnym wzrokiem. Ziarenko niechęci zaczęło kiełkować a podlewane kilkoma następnymi wiadomościami osiągnie znaczne rozmiary i zajmie całe miejsce przeznaczone na sympatię i słabość. Czemu nie potrafię uczyć się na błędach? Czy dla trzech tygodni ekscytacji warto później czuć niczym niezbywalną gorycz?

11 września 2011

Five-o-five


Frightened by the bite though its no harsher than the bark,
The middle of adventure, such a perfect place to start.


Dzisiejszy dzień w aurze tej piosenki.

W domu zamieszanie związane z moją przeprowadzką (wyprowadzką?), na łóżku żelazko i żółty komplet ceramiki. Wszystko to śliczne, tylko, że ja nie chcę, jeszcze nie za trzy tygodnie. Jeszcze trochę...
Wielki wysiłek sprawia mi napisanie wiadomości. Trzysta sześćdziesiąt (360) znaków to i nawet za dużo. Siedzę więc sama i zamartwiam się niewiadomym wpadając w coraz to większą rozpacz i marazm. Dramatycznie łaknę kontaktu z innymi,  nawet tej udawanej wesołości, za którą potem mam do siebie pretensje. Nawet za jakimś moim nieszczęściem mi się tęskni. Za późno, wszystko już przedawnione. Tak. Chciałabym, żeby Małpki śpiewały o mnie.

10 września 2011

What kind of fuckery is this?

Jestem znowu. Chciałabym, żeby łatwiej się pisało, żeby inne słowa wylewały się na białe pola, ale pewnych rzeczy chyba nie da się zmienić. Spróbuję jednak.
Czasami wydaje mi się że brzmię zbyt pretensjonalnie, zbyt wzniośle, innym razem że piszę jak kilkuletnia dziewczynka. Sama karcę się w myślach i kasuję słowo po słowie. Koniec z tym, od dzisiaj tylko prawda bez piórek.

Chciałabym to przeczytać bez żenady wypisanej na twarzy. Za dwa lata też.