14 października 2011

Times are hard for dreamers.

Sama nie wiem jak to się stało, kiedy to się stało, w którym momencie, czy od pierwszego, drugiego czy trzeciego wejrzenia. Nie potrafiłam tego kontrolować, udawało mi się zbyt długo. Stało się i już. I to widać. Choć bardzo się staram żeby nie było widać. Musi to wyglądać komicznie. Bo i komiczne jest to uczucie, które ledwie pamiętam sprzed trzech czy czterech lat. Widzę go i moje serce zaczyna tłoczyć krew do wszystkich zakamarków ciała, mózg zaczyna obmyślać szalone kombinacje słów i śmieję się jak nienormalna. Nie zdawałam sobie sprawy, że to ma się wypisane na twarzy, w oczach, w gestykulacji, nawet jeśli werbalnie nie zakomunikujemy ani słowa związanego z tym, co czujemy. Kiedy dzisiaj ktoś mnie o to zapytał spąsowiałam i zaczęłam się śmiać. Bardzo dobre posunięcie...
Zżera mnie zazdrość o każdą dziewczynę z którą rozmawia, powoli przeistaczam się w kogoś innego byleby tylko pasować do tej układanki, nienawidzę każdego z kim przebywa i kto nie jest mną. Siebie też po trochu nienawidzę. (Oh, it's okay. I wouldn't want me either) Czy życie nie mogłoby być odrobinę łatwiejsze? Czy mogłabym raz, ten jedyny raz trafić na odpowiednią osobę, czy nie może to zadziałać na zasadzie akcja-reakcja?A przecież tak chciałam, żeby wreszcie w moim życiu coś się poruszyło. No to proszę, niech leci na łeb na szyję.
Nic to, nic. Przejdzie mi. Ostatnimi dniami wprost marzę o zamienieniu się w bezuczuciową maszynę do nauki.

8 października 2011

Nigdy nie mówić "Ty zawsze..." i "Ty nigdy...", mówić: "Ja czuję.... kiedy Ty... ponieważ...."

Czuję się gorsza, kiedy Ty wybierasz kogoś innego zamiast mnie, ponieważ odnoszę wtedy wrażenie, że jestem beznadziejna. (Nie, nie, nie, nikt nie jest beznadziejny na tyle żeby go nie lubić, ale NIE Nie, nie, nie, Ty nie jesteś beznadziejna)


Mam problemy z komunikacją interpersonalną i zarazem za szybko, za szczerze się wypowiadam.Za dużo zdradzam, wchodzę w szczegóły, zwierzam się. I gdy tylko ktoś słucha, kiedy tylko włoży minimum wysiłku w rozmowę uznaję go za kogoś na zawsze i tylko. Za prędko myślę lubię Cię, za prędko to mówię, a później słyszę: możesz się rozczarować. Nie minęło trzy dni odkąd się znamy, a ja już miałam wrażenie, że osoba nadaje się na przyjaciela. Może więcej. Niesamowicie szybko robię się zazdrosna. Potrzebuję kogoś. Przyjaciela. Faceta.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zawsze, zawsze jestem jako ta ostatnia, zawsze, cholera wie skąd, znajdzie się ktoś, kto mnie wyprzedza zostawiając w tumanie kurzu. I to nie mnie się przytula, to nie na moich plecach kładzie się dłoń to nie do mnie się podchodzi. Mi mówi się cześć, mnie się macha z drugiego końca sali, ja jestem tylko wtedy, kiedy nikt inny już nie przychodzi do głowy. I wtedy płaczę, wtedy wracam upita słuchając Placebo, wysiadam na swoim przystanku, którego nie poznaję prawie włażąc pod karetkę pogotowia na sygnale (sanitariusz zatrzymuje się i krzyczy na mnie z auta, nie słyszę go i nawet nie jest mi wstyd) i jest mi źle , najgorzej. A ten ktoś nie poświęca nawet pięciu minut dla mojej osoby, czego jestem pewna.
Odzywałam się do wszystkich, rozmawiałam z przechodniami i panem w warzywniaku, byłam pozytywnie nastawiona do ludzi i nie mogłam się doczekać każdego kolejnego dnia. Żałuję, że wczoraj nie wróciłam do domu, nienawidzę Cię.

Pierwszy tydzień i przelewająca się wanna uczuciowych problemów.

7 października 2011

Zastanawiam się kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek w moim życiu zjawi się osoba, dla której będę najlepsza i najważniejsza.



Po raz kolejny udowodniono mi, że zawsze jestem ostatnia w kolejce.